Gdy w 2019 r. runął fragment dachu na zabytkowym kościele w małej miejscowości na Mazowszu, proboszcz przez trzy tygodnie szukał firmy, która zgodziłaby się podjąć naprawy. Nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że nikt nie chciał pracować na wysokości dwudziestu metrów przy XIV-wiecznej więźbie, do której nie dało się podjechać żadnym nowoczesnym sprzętem. Ostatecznie pomogli mu dekarze z firmy, która od lat specjalizuje się w konserwacji pokryć dachowych na obiektach sakralnych. Ich stronę można znaleźć pod adresem www.parafiacyglas.pl, ale sam proboszcz przyznaje, że gdyby nie polecenie z kurii, pewnie szukałby dalej. Problem w tym, że takich proboszczów w Polsce są setki.
Rynek, który boi się starych dachów
Większość firm dekarskich w Polsce żyje z montażu blachy trapezowej na halach magazynowych albo z wymiany poszycia na nowych domach jednorodzinnych. To szybkie, przewidywalne zlecenia. Inwestor płaci z góry, nie ma niespodzianek, a dekarz wraca do domu o siedemnastej. Zabytek to coś zupełnie innego. Tu każdy dzień pracy przynosi nowe odkrycie: zbutwiałą krokiew, gniazdo ptaków w murze, fragment oryginalnej dachówki z XVIII wieku, którą trzeba zachować za wszelką cenę.
Parafie nie są też łatwym klientem. Nie mają pieniędzy na start, czekają na dotacje z konserwatora zabytków, a płatności rozkładają na raty. Dodajmy do tego fakt, że w grę wchodzi bezpieczeństwo ludzi i często niepowtarzalna wartość historyczna budowli, a otrzymamy przepis na to, dlaczego wiele ekip po prostu odmawia. Konsekwencja jest taka, że prace przy zabytkowych dachach trwają w Polsce latami. A w międzyczasie woda robi swoje.
W ubiegłym roku opublikowano szacunki, według których w południowej Polsce ponad dwieście zabytkowych kościołów ma dach w stanie awaryjnym albo przedawaryjnym. Większość z tych budynków jest czynna, więc każdego dnia pod przeciekającym dachem siedzą ludzie. Nie ma jednej centralnej ewidencji takich obiektów, wojewódzcy konserwatorzy prowadzą własne listy, ale wszyscy przyznają, że skala problemu rośnie.
Specyfika pracy, której nie zna przeciętna ekipa
Naprawa dachu na zabytkowym kościele to nie to samo, co położenie dachówki na nowym domu. Na początek trzeba uzyskać zgodę konserwatora. On narzuca materiały, technologię, czasem nawet kolor zaprawy. Do tego dochodzi logistyka: rusztowania często buduje się ręcznie, ponieważ ciężki sprzęt nie mieści się na wąskich cmentarnych alejkach. Praca odbywa się w kurzu, w gruzie, przy ograniczonej widoczności i pod presją, by nie uszkodzić fresków albo polichromii znajdujących się pod dachem.
Doświadczone ekipy, które mają na koncie takie realizacje, przyznają, że połowa czasu pracy schodzi na dokumentację, pomiary i konsultacje z konserwatorem. Druga połowa to fizyczna robota, która bywa bardzo powolna. Wymiana jednego przęsła dachu na kilkusetletnim kościele może zająć cztery miesiące, podczas gdy na zwykłym budynku to kwestia dwóch tygodni. Nic dziwnego, że wielu dekarzy woli zostać przy nowych budynkach.
Ktoś musi jednak wykonywać tę pracę. I tutaj pojawia się wąska grupa firm, które świadomie stawiają na konserwację obiektów sakralnych. Zazwyczaj wywodzą się z regionów o dużej gęstości zabytków, takich jak Małopolska, Śląsk czy Podkarpacie. Nauczyli się poruszać w gąszczu przepisów, mają własnych współpracowników-konserwatorów i potrafią negocjować terminy z parafiami, które nie zawsze płacą na czas.
Warto, żeby proboszczowie i zarządcy diecezjalni wiedzieli, czego szukać przy wyborze wykonawcy. Doświadczenie to nie tylko zdjęcia z poprzednich realizacji, ale też znajomość konkretnych technik, na przykład:
- układania dachówki karpiówki w koronkę, czyli na podwójną zakładkę, co wymaga wprawnego oka i ręki
- naprawy drewnianej więźby metodą protezowania, bez demontażu całej konstrukcji
- wykonywania obróbek blacharskich z miedzi metodą na rąbek stojący, zgodnie z dawnymi wzorami
- czytania starych planów budowlanych i pracy na podstawie szkiców sprzed wojny
- prowadzenia prac w obecności konserwatora i nanoszenia poprawek na bieżąco
- zabezpieczania wnętrza kościoła przed kurzem i wilgocią podczas wymiany pokrycia
- szacowania kosztów w oparciu o cenniki konserwatorskie, które różnią się od standardowych stawek
Tylko taka ekipa ma szansę skończyć robotę w terminie, bez zaskakujących kosztów i bez konfliktu z urzędem ochrony zabytków. Firmy, które traktują zabytkowy dach jak zwykły dach, zwykle kończą na budowie z awanturą, a parafia zostaje z niedokończoną inwestycją i dziurawym budżetem.
Polskie parafie nie mają prostego wyboru. Mogą czekać lata w kolejce po dotacje i patrzeć, jak woda niszczy kolejne warstwy historycznej substancji. Albo mogą poszukać fachowców, dla których stary dach to nie problem, tylko wyzwanie. Rynek takich firm nie jest duży, ale istnieje. I to one, a nie wielkie korporacje budowlane, decydują o tym, czy nasze kościoły przetrwają kolejne sto lat.

